[ Pobierz całość w formacie PDF ]

miejscu fałszywych kosmonautów stanowił zgoła wstrząs, dla chłopaka zaczynało się
nowe widowisko. Motocykliści zbaranieli, a chłopak zwyczajnie czekał na dalszy
ciąg.
Zbli\ający się warkot w lesie i następne migające światła uruchomiły ten \ywy
obraz. Motocykliści zsiedli.
- Hej, ty! Co tu było? - spytał \ywo pierwszy.
- Nic - odparł chłopak od krów w pierwszym odruchu, po czym przyszło mu
nagle na myśl, \e jest jedynym posiadaczem wiedzy tajemnej, którą mo\e się
podzielić albo nie, jak mu się spodoba. Na wszelki wypadek dodał zatem: - Ho, ho!
Odpowiedz całkowicie zbiła z pantałyku jego rozmówców.
- Ty, rozewrzyj ten dziób! - zaproponował drugi kierowca, wzywany na rynku
imieniem  Stasiek . - Gadaj, póki co, zaczem reszta nadjadzie! Byli tu te pokraki?
Chłopak nie podjął jeszcze \adnych decyzji, wobec tego wzruszył tylko
ramionami.
- Strzelę w ryja, jak Boga kocham! - zapowiedział z irytacją jeden z
pasa\erów. - Było tu co czy nic?
- Długo tu jesteś?
- Bez cały czas - przyznał się chłopak z satysfakcją, rozumiejąc, \e z racji
obecności na polanie od razu staje się wa\niejszy. Wymuszanie zeznań przy pomocy
tortur nie zaświtało mu w głowie, raczej mignęła mu mglista wizja przekupstwa.
Dalsze pertraktacje zostały przerwane przybyciem uprzywilejowanego
społeczeństwa z samochodów i rowerzystów. W ciągu trzech minut na polance zrobił
się tłok prawie jak na rynku. Tylko pierwsi przybysze zauwa\yli chłopaka i zdawali
sobie sprawę z istnienia świadka, dla całej reszty zginął w tłumie.
Brak jakichkolwiek śladów obecności fałszywych czy prawdziwych
kosmonautów zdecydowanie podwa\ył wiarygodność informacji radiowej. Nawet ci,
którzy od początku do końca wątpili w wizytę istot z innej planety, teraz uwierzyli w
nią granitowo. Radio zełgało, to się rzucało w oczy, zatem prawdą musiał być
komunikat odwrotny. śadnych fikcji, przylecieli naprawdę, trafili do Garwolina
zamiast do Warszawy pod Pałac Kultury i stąd zawiść władz. Z ludzmi się dogadali, a
nie z partią, wobec czego rząd postanowił społeczeństwo skołować i puścił przez
radio mylący komunikat.
- Głupy to są, kochany - przekonywał weterynarza instalator sanitarny. - Do
tego tępego łba im nie przyszło, \e naród przyleci i sprawdzi. Myśleli, \e ludzie
poczekają do rana, a rano im się powie, \e ju\ koniec parady i cześć!
- Nie - zaprzeczył stanowczo weterynarz. - Oni po prostu nic nie myśleli. W
popłochu powiedzieli byle co, jak zawsze, a co z tego wyniknie, to im wisi. Jezu, \eby
raz w \yciu usłyszeć jaką prawdę...!
Z racji kontaktu ze zwierzętami weterynarz prezentował wyjątkową
szlachetność charakteru. Zaraziły go nią licznie leczone psy, a w drugiej kolejności
konie. Ogólnie panujące łgarstwo gniotło jego duszę nieznośnym cię\arem i
spragniony był bodaj odrobiny jakiejś przyzwoitości niczym kania d\d\u. Umysłowo
rozwinięte jednostki z innej planety zaświeciły mu promykiem nadziei i strasznie
chciał, \eby były prawdziwe.
Kotłowanina w lesie trwała niemal do rana, zmotoryzowani bowiem wracali,
szybkobiegacze trwali na posterunku, niemrawi piesi natomiast przybywali
sukcesywnie. Nawet zajście księ\yca nie przeszkodziło pielgrzymce, poniewa\
kierowniczka sklepu gospodarstwa domowego od tyłu wyprzedała cały zapas baterii
do latarek elektrycznych. Miała kłopoty z wykonaniem planu na drugi kwartał i okazja
spadła jej jak z nieba.
Poranek w zasadzie nie zmienił sytuacji. Tłumy ludzi dą\yły do Garwolina ze
wszystkich stron, wszystkie autobusy zatłoczone były do ostatecznych granic, z
Warszawy jechały taksówki i prywatne samochody, z Lublina dą\yła kolumna
cię\arówek. Polną drogą posuwała się procesja, śpiewająca nabo\ne pieśni. Przez las
przedzierali się ludzie jak popadło, piechotą, na rowerach i motocyklach. Brak
przybyszów z innej planety nie przeszkadzał w najmniejszym stopniu, tajemniczym
sposobem bowiem rozeszła się wieść, \e radio zełgało i przybysze byli prawdziwi.
Chłopak od krów nie dostał \adnego lania. Wrócił w końcu do domu,
uznawszy, i\ widok mas ludowych nie stanowi specjalnej atrakcji, informacje zaś
posiadał takie, \e zasługiwał na nagrodę, a nie karę. Okoliczność sprzyjającą stanowił
fakt, \e krowom nic się nie stało, a do obory we właściwej chwili zapędziła je jego
siostra.
Zastępca dyrektora Ośrodka, syt wra\eń, ale zarazem pełen niepokoju, o
wschodzie słońca wrócił do Warszawy, na miejscu pozostawiając socjologa, bez mała
w gorączce. Zastępcy dyrektora przyszło na myśl, \e powinien czym prędzej zobaczyć
swojego zwierzchnika i wyjaśnić mu sprawę, inaczej bowiem niewątpliwie
zaskoczony dyrektor gotów ogłosić następne dementi. Miał nadzieję, \e w ciągu nocy
nie wyka\e się zbytnią aktywnością, zdą\y się go zatem pohamować o poranku, w
godzinach pracy. Socjolog natomiast, pan Zdzisio, wpadł na nowy pomysł. W chwili
kiedy opuścił helikopter i przeistoczył się z powrotem w ludzką istotę, ujrzał nagle
przed sobą wspaniałą mo\liwość napisania wreszcie pracy doktorskiej. Materiału
zyskiwał ilość olbrzymią, sam wszedł mu w ręce, za nic w świecie nie chciał ju\ teraz
stracić ani jednego słowa. Nie tylko musiał wmieszać się w tłum i prowadzić
obserwacje bezpośrednie, ale tak\e połapać wszystkich reporterów z mikrofonami.
Mimo skłonności do euforii, znał \ycie i wiedział doskonale, ile zdoła uzyskać drogą [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • galeriait.pev.pl
  •